Dzieje Uczelni

UMFC, widok od strony parku

W dwu­wie­ko­wym kalen­da­rzu Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina peł­no jest zapi­sa­nych fak­tów i donio­słych wyda­rzeń, waż­kich dla kul­tu­ry pol­skiej i uni­wer­sal­nej. Rok aka­de­mic­ki 2010–2011 zna­czo­ny jest pamięt­ny­mi dla dzie­jów tej uczel­ni rocz­ni­co­wy­mi data­mi (zakoń­czo­ny­mi zerem czy cyfrą pięć), obok tej naj­waż­niej­szej, zwią­za­nej z jej powsta­niem. Daty zna­czą kolej­ne eta­py powi­kła­nych losów sto­łecz­nej szko­ły, doko­nań i nie­po­wo­dzeń, któ­rych nie spo­sób nie oglą­dać ina­czej, jak w kon­tek­ście dra­ma­tycz­nej histo­rii Polski dwóch minio­nych stu­le­ci. Przy oka­zji jubi­le­uszu cho­ciaż o nie­któ­rych momen­tach z histo­rii uczel­ni wypa­da wspo­mnieć.

Początki publicz­nej szko­ły muzycz­nej w Warszawie nale­ży wią­zać z ini­cja­ty­wa­mi gene­ra­cji wycho­wa­nej na ide­olo­gii „wie­ku świa­teł”, czy­li z krę­giem Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Z zamy­słów tego gro­na patrio­tów wyni­kał nie tyl­ko pro­gram kształ­to­wa­nia kul­tu­ry naro­do­wej, powszech­ne­go wycho­wa­nia, „ćwi­cze­nia nauk, sztuk, wia­do­mo­ści, oby­cza­jów”, ale tak­że pro­jekt trzy­stop­nio­wej struk­tu­ry zawo­do­we­go szkol­nic­twa muzycz­ne­go. Nowoczesny ów pro­gram przy­był zapew­ne do Warszawy wprost z Francji, a być może tak­że z innych, dopie­ro co zor­ga­ni­zo­wa­nych kon­ser­wa­to­riów i szkół muzycz­nych: w Sztokholmie (1771) i Paryżu (1784, 1793), Bolonii i Würzburgu (1804), Mediolanie czy Neapolu (1808). Dodać wypa­da, że rów­no­le­gle z Warszawą powsta­wa­ła uczel­nia muzycz­na w Pradze (1811), a w następ­nej kolej­no­ści w Brukseli (1813), Wiedniu (1817), Londynie (1822), Hadze (1826), Lipsku (1843), Petersburgu (1862) i Moskwie (1866).

Oficjalnie przy­ję­tą datą powsta­nia jed­nej z pierw­szych w nowo­żyt­nej Europie uczel­ni muzycz­nej jest moment zało­że­nia Szkoły Dramatycznej w Warszawie, zaini­cjo­wa­nej przy Teatrze Narodowym przez Wojciecha Bogusławskiego w dobie Księstwa Warszawskiego.

Siedziba pramatki warszawskiej uczelni muzycznej – Szkoły Muzyki i Sztuki Dramatycznej zainicjowanej przez Wojciecha Bogusławskiego znajdowała się w Teatrze Narodowym przy Placu Krasińskich. Gmach ten wybudowany został w 1778 roku przez Franciszka Ryxa; zamknięty w 1833 roku i zamieniony na składy, ostatecznie rozebrany został w 1884 roku. To tu Fryderyk Chopin prawykonał swoje koncerty fortepianowe. Obecnie na tym miejscu stoi gmach Sądu Najwyższego i Pomnik Powstania Warszawskiego.
Teatr Narodowy w Warszawie, Pl. Krasińskich

Działo się to eta­pa­mi: 14 kwiet­nia 1810 roku, za cza­sów rzą­dów kró­la saskie­go i księ­cia war­szaw­skie­go Fryderyka Augusta Wettina, wyda­ny został w Dreźnie akt zało­ży­ciel­ski, zaś 4 czerw­ca 1811 roku w Sali Redutowej sta­ro­miej­skie­go ratu­sza war­szaw­skie­go nastą­pi­ło uro­czy­ste otwar­cie Szkoły Dramatycznej. Tak więc to z teatral­nych krę­gów wyszła pro­po­zy­cja zawo­do­we­go kształ­ce­nia arty­stów, w tym śpie­wa­ków. Dla dzie­jów uczel­ni istot­ne jest to, że kieł­ko­wa­ła w Warszawie edu­ka­cyj­na insty­tu­cja publicz­na o spre­cy­zo­wa­nych celach i pro­gra­mie kształ­ce­nia arty­stycz­ne­go oraz o moż­li­wie sze­ro­kim zasię­gu spo­łecz­nym. Po burz­li­wych latach wojen napo­le­oń­skich do prac pro­gra­mo­wych na potrze­by Szkoły Dramatycznej Bogusławskiego włą­czył się Józef Elsner. To zaś, co wymy­ślił i w cią­gu paru lat wdro­żył w prak­ty­kę edu­ka­cyj­ną, jest dzi­siaj nie do prze­ce­nie­nia.

W okre­sie względ­nej wol­no­ści kon­sty­tu­cyj­nej Królestwa Polskiego moż­li­wa oka­za­ła się czę­ścio­wa reali­za­cja wie­lo­stop­nio­wej struk­tu­ry naucza­nia muzy­ki. Powstała wpierw Szkoła Publiczna Muzyki Elementarnej (14 grud­nia 1818), a trzy lata potem roz­po­czął dzia­łal­ność Instytut Muzyki i Deklamacji (25 kwiet­nia 1821). To wła­śnie do tra­dy­cji tego elsne­row­skie­go Instytutu [IM], zwa­ne­go też Konserwatorium, odwo­ły­wa­li się orga­ni­za­to­rzy war­szaw­skiej szko­ły muzycz­nej w cza­sach Drugiej Rzeczypospolitej i trak­to­wa­li go jako pra­mat­kę sto­łecz­nej uczel­ni. Powodów tych nawią­zań było parę. Jednym z nich był fakt włą­cze­nia Instytutu Muzyki i Deklamacji w struk­tu­rę Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego, jako czę­ści Wydziału Nauk i Sztuk Pięknych. Edukacyjna unia muzy­ki i nauki nie spo­tka­ła się z jed­no­gło­śną akcep­ta­cją ze stro­ny pro­fe­su­ry war­szaw­skiej wszech­ni­cy. Z oba­wy, aby „trą­by, kotły i wal­tor­nie nie prze­szka­dza­ły w pra­cy” oddzie­lo­ne zosta­ły w Instytucie zaję­cia prak­tycz­ne od wykła­do­wych: w dotych­cza­so­wym budyn­ku szko­ły na Mariensztacie odby­wa­ły się lek­cje gry na instru­men­tach, a w gma­chu uni­wer­sy­tec­kim – wykła­dy z teo­rii kom­po­zy­cji. Proces kon­stru­owa­nia siat­ki kształ­ce­nia muzycz­ne­go został sfi­na­li­zo­wa­ny 22 lip­ca 1826 roku, kie­dy Oddział Muzyki Uniwersytetu prze­kształ­cił się w Szkołę Główną Muzyki [SGM], odłą­czo­ną od czę­ści dra­ma­tycz­nej.


Pałac Kazimierzowski, ul. Krakowskie Przedmieście 2628

Studenci SGM nie tyl­ko mogli uczęsz­czać sześć godzin w tygo­dniu na wykła­dy z „teo­rii muzy­ki, jene­rał­ba­su i kom­po­zy­cji”, roz­wa­ża­nej „we wzglę­dzie gra­ma­tycz­nym, reto­rycz­nym i este­tycz­nym”, ale rów­nież, jak to potwier­dził Chopin w roku 1826, słu­chać fakul­ta­tyw­nych „wykła­dów Brodzińskiego, Bentkowskiego i innych w jakim­kol­wiek związ­ku będą­cych obiek­tów z muzy­ką”.

Elsnerowski etap dzie­jów uczel­ni zamknę­ły dra­ma­tycz­ne wyda­rze­nia listo­pa­do­we­go zry­wu roku 1830. Szkoła Główna Muzyki podzie­li­ła los Uniwersytetu Warszawskiego, czy­li po pię­ciu latach funk­cjo­no­wa­nia zosta­ła zamknię­ta w roku 1831. W cza­sach mię­dzy powsta­nia­mi instru­men­ta­li­stom pozo­sta­ła tyl­ko edu­ka­cja pry­wat­na, na przy­kład orga­ni­stom nauka w szko­le Augusta Freyera, a woka­li­stom – okre­so­wo – w Kurpińskiego Szkole Śpiewu przy Teatrze Wielkim.

Trzeba było kolej­nej ini­cja­ty­wy, aby odro­dzić war­szaw­skie szkol­nic­two muzycz­ne, korzy­sta­jąc z poli­tycz­nej odwil­ży po „nocy paskie­wi­czow­skiej”. Tu gło­śny wir­tu­oz skrzy­piec oka­zał się w dzia­ła­niach dyplo­ma­tycz­nych i mene­dżer­skich nie­za­wod­ny. Był to Apolinary Kątski, któ­ry zręcz­nie zago­spo­da­ro­wał oby­wa­tel­ską aktyw­ność Polaków róż­nych sta­nów i warstw spo­łecz­nych. „Na dochód na kon­ser­wa­to­rium” orga­ni­zo­wa­ne były w całej Kongresówce kon­cer­ty ama­to­rów i zawo­dow­ców; zbie­ra­ły pie­nią­dze para­fie, gmi­ny, zbo­ry; brac­twa i cechy rze­mieśl­ni­cze; indy­wi­du­al­nie ofia­ro­wy­wa­li nie­zbęd­ne dat­ki ary­sto­kra­ci i zie­mia­nie, fabry­kan­ci i miesz­cza­nie. 9 wrze­śnia 1859 roku zosta­ło wyda­ne Postanowienie rzą­do­we o Instytucie Muzycznym Warszawskim [IMW], a dwa lata póź­niej, w 1861 roku roz­po­czę­ły się zaję­cia. Przez bli­sko sześć­dzie­siąt lat Instytut był waż­nym ośrod­kiem arty­stycz­nym, a tak­że osto­ją pol­sko­ści, jako jedy­na szko­ła „Nadwiślańskiego Kraju”, w któ­rej wykła­da­no w języ­ku ojczy­stym. Ku pamię­ci zasług „wskrze­si­cie­la war­szaw­skie­go kon­ser­wa­to­rium” pro­fe­so­ro­wie i ucznio­wie w 75. rocz­ni­cę powsta­nia IMW ufun­do­wa­li tabli­cę pamiąt­ko­wą. Dodać war­to, że z kolei w hoł­dzie Józefowi Elsnerowi na ścia­nie obec­ne­go gma­chu uczel­ni, obok Sali Senatu, wmu­ro­wa­na zosta­ła brą­zo­wa pły­ta.


Gmach zwa­ny Konserwatorium, ul. Okólnik 1

W warun­kach powszech­ne­go entu­zja­zmu odro­dzo­nej Polski powsta­ło Państwowe Konserwatorium Warszawskie [PKW] z dyrek­to­rem Emilem Młynarskim na cze­le. Dekret z dnia 7 lute­go 1919 roku w „przed­mio­cie zmia­ny Ustawy Instytutu Muzycznego Warszawskiego” pod­pi­sa­li naj­wyż­si urzęd­ni­cy Drugiej Rzeczypospolitej: Naczelnik Państwa Józef Piłsudski, Prezydent Ministrów Ignacy Paderewski oraz Minister Sztuki i Kultury Zenon Przesmycki-Miriam. Dwudziestoletnie dzie­je PKW peł­ne są mean­drów, osią­gnięć i zaha­mo­wań, cha­osu i nie­ustan­nie podej­mo­wa­nych reform. Znaczącą datą w tej muzycz­nej histo­rii mię­dzy­woj­nia jest rok 1930. To wła­śnie osiem­dzie­siąt lat temu rek­to­rem Wyższej Szkoły Muzycznej [WSM] został Karol Szymanowski. Uroczyste otwar­cie uczel­ni po zmia­nie nazwy odby­ło się 7 listo­pa­da w obec­no­ści Prezydenta RP pro­fe­so­ra Ignacego Mościckiego. Okres wiel­kie­go kata­kli­zmu zbroj­ne­go prze­kre­ślił mię­dzy­wo­jen­ne doko­na­nia uczel­ni: Konserwatorium zeszło „do pod­zie­mia”, a ofi­cjal­nie dzia­ła­ła Staatliche Musikschule in Warschau (od 1941).

Trudne były począt­ki eta­pu powo­jen­ne­go, gdy z popio­łów i zgliszcz trze­ba było wydo­by­wać reszt­ki Konserwatorium Warszawskiego. Szybko jed­nak dopro­wa­dzo­no do sytu­acji, że 17 paź­dzier­ni­ka 1945 roku rek­tor Stanisław Kazuro mógł otwo­rzyć rok aka­de­mic­ki i imma­try­ku­lo­wać pierw­szych stu­den­tów, a całe Konserwatorium uczest­ni­czy­ło tego dnia w pod­nio­słej i wzru­sza­ją­cej cere­mo­nii spro­wa­dze­nia do Warszawy urny z ser­cem Fryderyka Chopina. Pół roku póź­niej, w 1946 roku ufor­mo­wa­na zosta­ła nowa struk­tu­ra uczel­ni pod nazwą Państwowa Wyższa Szkoła Muzyczna [PWSM].


Pałac Sobańskich, Al. Ujazdowskie 13

W okre­sie powo­jen­nym PWSM ule­ga­ła co naj­mniej kil­ku reor­ga­ni­za­cjom. Powstawały licz­ne kon­cep­cje pro­gra­mo­we: rodzą­ce się indy­wi­du­al­nie i w toku żywych dys­ku­sji. W roku 1962 PWSM naby­ła pra­wa do przy­zna­wa­nia dyplo­mów ze stop­niem magi­stra sztu­ki, a w roku 1967 upraw­nie­nia do nada­wa­nia stop­nia dok­to­ra nauk huma­ni­stycz­nych. W roku 1979 speł­ni­ło się marze­nie paru poko­leń peda­go­gów uczel­ni – jej aka­de­mi­za­cja: w cza­sie kaden­cji rek­to­ra Bogusława Madeya uczel­nia sta­ła się bowiem Akademią Muzyczną i przy­bra­ła imię Fryderyka Chopina [AMFC]. Z kolei w roku 2008, za kaden­cji rek­to­ra Stanisława Moryto, uczel­nia otrzy­ma­ła nową nazwę, potwier­dzo­ną usta­wą z dnia 25 kwiet­nia: Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina [UMFC]. Tak na linii cza­su rysu­ją się dzie­je war­szaw­skiej szko­ły muzycz­nej wio­dą­ce do osią­gnię­cia sta­tu­su uni­wer­sy­tec­kie­go. A w prze­strze­ni?

Z miej­scem poję­cie toż­sa­mo­ści wią­że się w stop­niu nie mniej­szym, niż z przy­wią­za­niem do tra­dy­cji i histo­rii. Na skraw­ku wiśla­nej skar­py w Warszawie, mię­dzy uli­ca­mi Tamką i Szczyglą, uczel­nia znaj­du­je się od 150 lat. W roku 1860 Apolinary Kątski otrzy­mał od magi­stra­tu Dom Zdrowia przy Ordynackiej na potrze­by zakła­da­ne­go Instytutu. Wkrótce oka­za­ło się, że kuba­tu­ra daw­ne­go zam­ku Ostrogskich jest zbyt skrom­na dla roz­wi­ja­ją­cej się szko­ły muzycz­nej i wyma­ga powięk­sze­nia. Na przy­le­głej od połu­dnia dział­ce wznie­sio­ny został dodat­ko­wy obiekt według pro­jek­tu Stefana Szyllera. Nowy gmach, otwar­ty w cza­sach dyrek­cji Stanisława Barcewicza, dobrze słu­żył kon­ser­wa­to­rium, a tak­że – dzię­ki sali kon­cer­to­wej – war­szaw­skim melo­ma­nom. Powstały w trud­nych cza­sach pierw­szej woj­ny świa­to­wej obiekt został spa­lo­ny w okre­sie Powstania Warszawskiego.

Powojenni twór­cy war­szaw­skiej uczel­ni muzycz­nej tyl­ko jako etap przej­ścio­wy trak­to­wa­li jej loka­li­za­cję w wil­lach przy uli­cy Górnośląskiej i uli­cy Profesorskiej, czy w pała­cy­kach w Alejach Ujazdowskich. Chęć powro­tu na sta­re miej­sce zaowo­co­wa­ła budo­wą obec­ne­go gma­chu Uniwersytetu, któ­ry uczel­nia zasie­dli­ła w roku 1963. Wzniesiono go na dział­ce przy uli­cy Okólnik, według pro­jek­tu archi­tek­tów: Benedeka – Niewiadomskiego – Sienickiego – Strumiłły. Dziś moż­na zary­zy­ko­wać kon­sta­ta­cję, iż duch miej­sca nad wąwo­zem Tamki sprzy­ja muzy­ce od stu pięć­dzie­się­ciu lat, udzie­la­jąc się muzy­kom tu się kształ­cą­cym i pra­cu­ją­cym. Nie tyl­ko meta­fo­rycz­nie moż­na zatem mówić o magne­tycz­nej mocy tego kawał­ka war­szaw­skiej prze­strze­ni, sko­ro miej­sce to przy­cią­gnę­ło na sta­łe tylu muzy­ków spo­za sto­li­cy, postę­pu­ją­cych nie­ja­ko tro­pem Józefa Elsnera, któ­ry opu­ścił Lwów dla Warszawy i tu pod­jął trud budo­wa­nia szko­ły. W testa­men­cie prze­ka­zał on swo­im wycho­wan­kom powin­ność rze­tel­ne­go dosko­na­le­nia rze­mio­sła arty­stycz­ne­go wraz z poczu­ciem posłan­nic­twa wobec wspól­no­ty naro­do­wej.

Motto to zaszcze­pio­ne zosta­ło na tyle sku­tecz­nie wśród kolej­nych poko­leń stu­den­tów i peda­go­gów, że żad­ne zry­wy naro­do­we nie oby­ły się bez udzia­łu muzy­ków z war­szaw­skiej szko­ły. Wśród bel­we­der­czy­ków – uczest­ni­ków listo­pa­do­wej nocy – byli ucznio­wie Elsnera, któ­rzy „ogól­ne­mu prą­do­wi ule­gli”. Nie zabra­kło muzy­ków z bro­nią w ręku w oddzia­łach powstań­ców stycz­nio­wych, gdy śni­li o potę­dze pań­stwo­wej Polski i jej kul­tu­ry. Wychowana w kul­cie powstań kolej­na gene­ra­cja dzie­ci orlich idei speł­ni­ła testa­ment ducho­wy wiel­kich przod­ków i sta­wi­ła się w legio­nie Komendanta Piłsudskiego, a byli wśród nich i dyry­gen­ci, i instru­men­ta­li­ści. Wybuch dru­giej woj­ny świa­to­wej naka­zał mło­dzie­ży muzycz­nej, jak wcze­śniej legio­no­we­mu poko­le­niu z Oleandrów, porzu­cić narzę­dzia arty­stycz­ne­go warsz­ta­tu i wziąć do ręki kara­bin. Jak widać życie oso­bi­ste i arty­stycz­ne pol­skie­go muzy­ka to dwie stro­ny tej samej kar­ty, zapi­sa­nej jed­nym cha­rak­te­rem pisma, w jed­nej prze­strze­ni i w tym samym cza­sie. Formy aktyw­no­ści spo­łecz­nej muzy­ków war­szaw­skiej uczel­ni były roz­ma­ite. Gdy trze­ba było, zamie­nia­li tabo­ret przy for­te­pia­nie na fotel przy rzą­do­wym biur­ku, świa­do­mi prze­cież tego, że wszel­kie czyn­no­ści wykra­cza­ją­ce poza dzie­dzi­nę arty­stycz­ną tyl­ko jej prze­szka­dza­ją. W poczu­ciu darem­no­ści zma­gań z wyzwa­nia­mi losu zgo­dę na przy­ję­cie moral­ne­go testa­men­tu Elsnera muzy­cy poświad­cza­li czy­na­mi. I nie żało­wa­li „nie napi­sa­nych utwo­rów”; nie jeden raz pada­li też ofia­rą naj­czyst­sze­go poświę­ce­nia wpi­su­jąc się w etos wal­ki. Wszak w pol­skiej tra­dy­cji żywą pozo­sta­ła ta oto idea, że w momen­tach trud­nych dla życia zbio­ro­we­go – jak mówi poeta – „bry­lan­ta­mi strze­la­my do wro­ga”. Lista zamie­nio­nych w popiół „dia­men­tów” sztu­ki muzycz­nej jest bar­dzo dłu­ga, a ich histo­ria cze­ka na spi­sa­nie.


Aktualne zdję­cie uczel­ni

Gdy mijał czas burzy i zawie­ruch dzie­jo­wych podej­mo­wa­na była w uczel­ni rze­tel­na pra­ca nad dosko­na­le­niem warsz­ta­tu arty­stycz­ne­go, tak aby każ­dy dyplom mógł zostać opa­trzo­ny jedy­nie wyso­kim lub naj­wyż­szym zna­kiem jako­ści. Długa jest lista wycho­wan­ków i peda­go­gów, wybit­nych arty­stów z róż­nych okre­sów, któ­rzy zapi­sa­li się w spo­sób zna­czą­cy w dzie­jach muzy­ki pol­skiej i świa­to­wej. Skomplikowana jest sieć gene­alo­gicz­na naszej peda­go­gi­ki. Wszak w róż­nych sfe­rach twór­czo­ści i wyko­naw­stwa, połą­czo­nych w murach jed­nej uczel­ni, pro­ces gro­ma­dze­nia doświad­czeń prze­bie­gał odmien­nie. Każda z dys­cy­plin muzycz­nych ma wła­sne dzie­dzic­two, wyni­ka­ją­ce z mię­dzy­po­ko­le­nio­wej wymia­ny wyra­żo­nej w owym sprzę­że­niu zwrot­nym zespa­la­ją­cym pro­fe­sor­ską doj­rza­łość, eru­dy­cję i ruty­nę z mło­dzień­czą bez­kom­pro­mi­so­wo­ścią stu­den­tów oraz z wyostrzo­nym kry­ty­cy­zmem mło­dej kadry.

Tożsamość war­szaw­skiej szko­ły kształ­to­wa­ła się w kon­fron­ta­cji z osią­gnię­cia­mi sztu­ki wyko­naw­czej róż­nych śro­do­wisk, a swo­ją otwar­tość na wszyst­kie „wichry świa­ta” zawdzię­cza uczel­nia poło­że­niu i sto­łecz­nym funk­cjom mia­sta. Czy mamy dzi­siaj jakie­kol­wiek prze­słan­ki, któ­re prze­ma­wia­ły­by za odręb­no­ścią war­szaw­skiej szko­ły wyko­naw­czej, czy kom­po­zy­tor­skiej? Trudno wyda­wać w tej mate­rii jed­no­znacz­ne wyro­ki, jed­nak­że za szczę­śli­wy dla uczel­ni trze­ba uznać fakt nie­ustan­ne­go prze­ni­ka­nia idei docie­ra­ją­cych do nas z zewnątrz, bo to wła­śnie – wbrew pozo­rom – dawa­ło szan­sę na stwo­rze­nie odręb­nych szkół: kom­po­zy­tor­skiej, instru­men­tal­nej, dyry­genc­kiej, wokal­nej, a z pew­no­ścią wpły­wa­ło na dosko­na­le­nie peda­go­gi­ki muzycz­nej. Niech zatem zagad­ką nie­roz­wią­za­ną pozo­sta­nie ten oto casus, że pomi­mo licz­nych migra­cji muzy­ków i roz­le­głe­go dia­lo­gu z muzy­ka­mi innych śro­do­wisk, mimo ogrom­ne­go baga­żu euro­pej­skich powią­zań ów bystry nurt prze­mian, jakim pod­le­ga­ła uczel­nia, żło­bił tyl­ko jej war­stwę powierzch­nio­wą, to zaś, co decy­du­je o toż­sa­mo­ści uczel­ni, pozo­sta­ło nie­zmien­ne. Nie jest jed­nak łatwo okre­ślić, czym jest ów „muzycz­ny duch” miej­sca usy­tu­owa­ne­go na nad­wi­ślań­skiej skar­pie – wszak każ­dy z wycho­wan­ków uczel­ni nosi prze­cież w sobie nie­co inny obraz szko­ły, któ­ry oglą­da­ny z dystan­su może być nawet moc­no wyide­ali­zo­wa­ny.

W burz­li­wej histo­rii kra­ju utra­ci­li­śmy wie­le z naszej arty­stycz­nej sche­dy, wypa­da więc zadbać, aby stra­ty te nie powo­do­wa­ły zmian we współ­cze­snym mode­lu kul­tu­ry. To wła­śnie bycie w dia­lo­gu z prze­szło­ścią chro­ni przed nie­ko­rzyst­ny­mi zja­wi­ska­mi obec­ny­mi w dzi­siej­szym życiu i kul­tu­rze. Gdy nie potra­fi­my roz­po­znać i usta­lić korze­ni swo­jej toż­sa­mo­ści, nawet jeśli są one moc­no splą­ta­ne; gdy nie trosz­czy­my się o zacho­wa­nie tego, co pozwo­li odróż­nić nas od innych – sta­je­my się nikim. Wychowankowie sto­łecz­nej uczel­ni muzycz­nej mają to szczę­ście, że daro­wa­ny im został spa­dek zgro­ma­dzo­ny przez wie­le poko­leń poprzed­ni­ków. Dziedzictwo zaś jest tą dro­go­cen­ną war­to­ścią, któ­rą mamy obo­wią­zek pomna­żać i prze­ka­zać następ­com. Tak oto potwier­dza się praw­da o feno­me­nie nie­ro­ze­rwal­ne­go splo­tu prze­szło­ści i teraź­niej­szo­ści w kul­tu­rze – świa­tów para­dok­sal­nie żyją­cych bar­dzo bli­sko sie­bie. W tej per­spek­ty­wie i przy­szłość nie wyda­je się już feno­me­nem tak odle­głym – wszak nale­ży do tych, któ­rzy w mury tej uczel­ni rok­rocz­nie wstę­pu­ją.

Mieczysława Demska-Trębacz

Luźne kart­ki z dzie­jów naszej uczel­ni (tekst Mieczysławy Demskiej-Trębacz z Kalendarza Koncertowego 2017–2018), pdf
Kartki z dzie­jów uczel­ni (tekst Mieczysławy Demskiej-Trębacz z Kalendarza Koncertowego 2016–2017), pdf

ostatnia modyfikacja: 28/09/2017