Dzieje Uczelni

UMFC, widok od strony parku

W dwu­wie­ko­wym kalen­da­rzu Uni­wer­sy­tetu Muzycz­nego Fry­de­ryka Cho­pina pełno jest zapi­sa­nych fak­tów i donio­słych wyda­rzeń, waż­kich dla kul­tury pol­skiej i uni­wer­sal­nej. Rok aka­de­micki 2010–2011 zna­czony jest pamięt­nymi dla dzie­jów tej uczelni rocz­ni­co­wymi datami (zakoń­czo­nymi zerem czy cyfrą pięć), obok tej naj­waż­niej­szej, zwią­za­nej z jej powsta­niem. Daty zna­czą kolejne etapy powi­kła­nych losów sto­łecz­nej szkoły, doko­nań i nie­po­wo­dzeń, któ­rych nie spo­sób nie oglą­dać ina­czej, jak w kon­tek­ście dra­ma­tycz­nej histo­rii Pol­ski dwóch minio­nych stu­leci. Przy oka­zji jubi­le­uszu cho­ciaż o nie­któ­rych momen­tach z histo­rii uczelni wypada wspomnieć.

Początki publicz­nej szkoły muzycz­nej w War­sza­wie należy wią­zać z ini­cja­ty­wami gene­ra­cji wycho­wa­nej na ide­olo­gii „wieku świa­teł”, czyli z krę­giem War­szaw­skiego Towa­rzy­stwa Przy­ja­ciół Nauk. Z zamy­słów tego grona patrio­tów wyni­kał nie tylko pro­gram kształ­to­wa­nia kul­tury naro­do­wej, powszech­nego wycho­wa­nia, „ćwicze­nia nauk, sztuk, wia­do­mo­ści, oby­cza­jów”, ale także pro­jekt trzy­stop­nio­wej struk­tury zawo­do­wego szkol­nic­twa muzycz­nego. Nowo­cze­sny ów pro­gram przy­był zapewne do War­szawy wprost z Fran­cji, a być może także z innych, dopiero co zor­ga­ni­zo­wa­nych kon­ser­wa­to­riów i szkół muzycz­nych: w Sztok­hol­mie (1771) i Paryżu (1784, 1793), Bolo­nii i Würz­burgu (1804), Medio­la­nie czy Neapolu (1808). Dodać wypada, że rów­no­le­gle z War­szawą powsta­wała uczel­nia muzyczna w Pra­dze (1811), a w następ­nej kolej­no­ści w Bruk­seli (1813), Wied­niu (1817), Lon­dy­nie (1822), Hadze (1826), Lip­sku (1843), Peters­burgu (1862) i Moskwie (1866).

Ofi­cjal­nie przy­jętą datą powsta­nia jed­nej z pierw­szych w nowo­żyt­nej Euro­pie uczelni muzycz­nej jest moment zało­że­nia Szkoły Dra­ma­tycz­nej w War­sza­wie, zaini­cjo­wa­nej przy Teatrze Naro­do­wym przez Woj­cie­cha Bogu­sław­skiego w dobie Księ­stwa Warszawskiego.

Siedziba pramatki warszawskiej uczelni muzycznej – Szkoły Muzyki i Sztuki Dramatycznej zainicjowanej przez Wojciecha Bogusławskiego znajdowała się w Teatrze Narodowym przy Placu Krasińskich. Gmach ten wybudowany został w 1778 roku przez Franciszka Ryxa; zamknięty w 1833 roku i zamieniony na składy, ostatecznie rozebrany został w 1884 roku. To tu Fryderyk Chopin prawykonał swoje koncerty fortepianowe. Obecnie na tym miejscu stoi gmach Sądu Najwyższego i Pomnik Powstania Warszawskiego.
Teatr Naro­dowy w War­sza­wie, Pl. Krasińskich

Działo się to eta­pami: 14 kwiet­nia 1810 roku, za cza­sów rzą­dów króla saskiego i księ­cia war­szaw­skiego Fry­de­ryka Augu­sta Wet­tina, wydany został w Dreź­nie akt zało­ży­ciel­ski, zaś 4 czerwca 1811 roku w Sali Redu­to­wej sta­ro­miej­skiego ratu­sza war­szaw­skiego nastą­piło uro­czy­ste otwar­cie Szkoły Dra­ma­tycz­nej. Tak więc to z teatral­nych krę­gów wyszła pro­po­zy­cja zawo­do­wego kształ­ce­nia arty­stów, w tym śpie­wa­ków. Dla dzie­jów uczelni istotne jest to, że kieł­ko­wała w War­sza­wie edu­ka­cyjna insty­tu­cja publiczna o spre­cy­zo­wa­nych celach i pro­gra­mie kształ­ce­nia arty­stycz­nego oraz o moż­li­wie sze­ro­kim zasięgu spo­łecz­nym. Po burz­li­wych latach wojen napo­le­oń­skich do prac pro­gra­mo­wych na potrzeby Szkoły Dra­ma­tycz­nej Bogu­sław­skiego włą­czył się Józef Elsner. To zaś, co wymy­ślił i w ciągu paru lat wdro­żył w prak­tykę edu­ka­cyjną, jest dzi­siaj nie do przecenienia.

W okre­sie względ­nej wol­no­ści kon­sty­tu­cyj­nej Kró­le­stwa Pol­skiego moż­liwa oka­zała się czę­ściowa reali­za­cja wie­lo­stop­nio­wej struk­tury naucza­nia muzyki. Powstała wpierw Szkoła Publiczna Muzyki Ele­men­tar­nej (14 grud­nia 1818), a trzy lata potem roz­po­czął dzia­łal­ność Insty­tut Muzyki i Dekla­ma­cji (25 kwiet­nia 1821). To wła­śnie do tra­dy­cji tego elsne­row­skiego Insty­tutu [IM], zwa­nego też Kon­ser­wa­to­rium, odwo­ły­wali się orga­ni­za­to­rzy war­szaw­skiej szkoły muzycz­nej w cza­sach Dru­giej Rze­czy­po­spo­li­tej i trak­to­wali go jako pra­matkę sto­łecz­nej uczelni. Powo­dów tych nawią­zań było parę. Jed­nym z nich był fakt włą­cze­nia Insty­tutu Muzyki i Dekla­ma­cji w struk­turę Kró­lew­skiego Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego, jako czę­ści Wydziału Nauk i Sztuk Pięk­nych. Edu­ka­cyjna unia muzyki i nauki nie spo­tkała się z jed­no­gło­śną akcep­ta­cją ze strony pro­fe­sury war­szaw­skiej wszech­nicy. Z obawy, aby „trąby, kotły i wal­tor­nie nie prze­szka­dzały w pracy” oddzie­lone zostały w Insty­tu­cie zaję­cia prak­tyczne od wykła­do­wych: w dotych­cza­so­wym budynku szkoły na Mariensz­ta­cie odby­wały się lek­cje gry na instru­men­tach, a w gma­chu uni­wer­sy­tec­kim – wykłady z teo­rii kom­po­zy­cji. Pro­ces kon­stru­owa­nia siatki kształ­ce­nia muzycz­nego został sfi­na­li­zo­wany 22 lipca 1826 roku, kiedy Oddział Muzyki Uni­wer­sy­tetu prze­kształ­cił się w Szkołę Główną Muzyki [SGM], odłą­czoną od czę­ści dramatycznej.


Pałac Kazi­mie­rzow­ski, ul. Kra­kow­skie Przed­mie­ście 26/28

Stu­denci SGM nie tylko mogli uczęsz­czać sześć godzin w tygo­dniu na wykłady z „teo­rii muzyki, jene­rał­basu i kom­po­zy­cji”, roz­wa­ża­nej „we wzglę­dzie gra­ma­tycz­nym, reto­rycz­nym i este­tycz­nym”, ale rów­nież, jak to potwier­dził Cho­pin w roku 1826, słu­chać fakul­ta­tyw­nych „wykła­dów Bro­dziń­skiego, Bent­kow­skiego i innych w jakim­kol­wiek związku będą­cych obiek­tów z muzyką”.

Elsne­row­ski etap dzie­jów uczelni zamknęły dra­ma­tyczne wyda­rze­nia listo­pa­do­wego zrywu roku 1830. Szkoła Główna Muzyki podzie­liła los Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego, czyli po pię­ciu latach funk­cjo­no­wa­nia została zamknięta w roku 1831. W cza­sach mię­dzy powsta­niami instru­men­ta­li­stom pozo­stała tylko edu­ka­cja pry­watna, na przy­kład orga­ni­stom nauka w szkole Augu­sta Frey­era, a woka­li­stom – okre­sowo – w Kur­piń­skiego Szkole Śpiewu przy Teatrze Wielkim.

Trzeba było kolej­nej ini­cja­tywy, aby odro­dzić war­szaw­skie szkol­nic­two muzyczne, korzy­sta­jąc z poli­tycz­nej odwilży po „nocy paskie­wi­czow­skiej”. Tu gło­śny wir­tuoz skrzy­piec oka­zał się w dzia­ła­niach dyplo­ma­tycz­nych i mene­dżer­skich nie­za­wodny. Był to Apo­li­nary Kąt­ski, który zręcz­nie zago­spo­da­ro­wał oby­wa­tel­ską aktyw­ność Pola­ków róż­nych sta­nów i warstw spo­łecz­nych. „Na dochód na kon­ser­wa­to­rium” orga­ni­zo­wane były w całej Kon­gre­sówce kon­certy ama­to­rów i zawo­dow­ców; zbie­rały pie­nią­dze para­fie, gminy, zbory; brac­twa i cechy rze­mieśl­ni­cze; indy­wi­du­al­nie ofia­ro­wy­wali nie­zbędne datki ary­sto­kraci i zie­mia­nie, fabry­kanci i miesz­cza­nie. 9 wrze­śnia 1859 roku zostało wydane Posta­no­wie­nie rzą­dowe o Insty­tu­cie Muzycz­nym War­szaw­skim [IMW], a dwa lata póź­niej, w 1861 roku roz­po­częły się zaję­cia. Przez bli­sko sześć­dzie­siąt lat Insty­tut był waż­nym ośrod­kiem arty­stycz­nym, a także ostoją pol­sko­ści, jako jedyna szkoła „Nad­wi­ślań­skiego Kraju”, w któ­rej wykła­dano w języku ojczy­stym. Ku pamięci zasług „wskrze­si­ciela war­szaw­skiego kon­ser­wa­to­rium” pro­fe­so­ro­wie i ucznio­wie w 75. rocz­nicę powsta­nia IMW ufun­do­wali tablicę pamiąt­kową. Dodać warto, że z kolei w hoł­dzie Józe­fowi Elsne­rowi na ścia­nie obec­nego gma­chu uczelni, obok Sali Senatu, wmu­ro­wana została brą­zowa płyta.


Gmach zwany Kon­ser­wa­to­rium, ul. Okól­nik 1

W warun­kach powszech­nego entu­zja­zmu odro­dzo­nej Pol­ski powstało Pań­stwowe Kon­ser­wa­to­rium War­szaw­skie [PKW] z dyrek­to­rem Emi­lem Mły­nar­skim na czele. Dekret z dnia 7 lutego 1919 roku w „przed­mio­cie zmiany Ustawy Insty­tutu Muzycz­nego War­szaw­skiego” pod­pi­sali naj­wyżsi urzęd­nicy Dru­giej Rze­czy­po­spo­li­tej: Naczel­nik Pań­stwa Józef Pił­sud­ski, Pre­zy­dent Mini­strów Ignacy Pade­rew­ski oraz Mini­ster Sztuki i Kul­tury Zenon Przesmycki-Miriam. Dwu­dzie­sto­let­nie dzieje PKW pełne są mean­drów, osią­gnięć i zaha­mo­wań, cha­osu i nie­ustan­nie podej­mo­wa­nych reform. Zna­czącą datą w tej muzycz­nej histo­rii mię­dzy­woj­nia jest rok 1930. To wła­śnie osiem­dzie­siąt lat temu rek­to­rem Wyż­szej Szkoły Muzycz­nej [WSM] został Karol Szy­ma­now­ski. Uro­czy­ste otwar­cie uczelni po zmia­nie nazwy odbyło się 7 listo­pada w obec­no­ści Pre­zy­denta RP pro­fe­sora Igna­cego Mościc­kiego. Okres wiel­kiego kata­kli­zmu zbroj­nego prze­kre­ślił mię­dzy­wo­jenne doko­na­nia uczelni: Kon­ser­wa­to­rium zeszło „do pod­zie­mia”, a ofi­cjal­nie dzia­łała Sta­atli­che Musik­schule in War­schau (od 1941).

Trudne były początki etapu powo­jen­nego, gdy z popio­łów i zgliszcz trzeba było wydo­by­wać resztki Kon­ser­wa­to­rium War­szaw­skiego. Szybko jed­nak dopro­wa­dzono do sytu­acji, że 17 paź­dzier­nika 1945 roku rek­tor Sta­ni­sław Kazuro mógł otwo­rzyć rok aka­de­micki i imma­try­ku­lo­wać pierw­szych stu­den­tów, a całe Kon­ser­wa­to­rium uczest­ni­czyło tego dnia w pod­nio­słej i wzru­sza­ją­cej cere­mo­nii spro­wa­dze­nia do War­szawy urny z ser­cem Fry­de­ryka Cho­pina. Pół roku póź­niej, w 1946 roku ufor­mo­wana została nowa struk­tura uczelni pod nazwą Pań­stwowa Wyż­sza Szkoła Muzyczna [PWSM].


Pałac Sobań­skich, Al. Ujaz­dow­skie 13

W okre­sie powo­jen­nym PWSM ule­gała co naj­mniej kilku reor­ga­ni­za­cjom. Powsta­wały liczne kon­cep­cje pro­gra­mowe: rodzące się indy­wi­du­al­nie i w toku żywych dys­ku­sji. W roku 1962 PWSM nabyła prawa do przy­zna­wa­nia dyplo­mów ze stop­niem magi­stra sztuki, a w roku 1967 upraw­nie­nia do nada­wa­nia stop­nia dok­tora nauk huma­ni­stycz­nych. W roku 1979 speł­niło się marze­nie paru poko­leń peda­go­gów uczelni – jej aka­de­mi­za­cja: w cza­sie kaden­cji rek­tora Bogu­sława Madeya uczel­nia stała się bowiem Aka­de­mią Muzyczną i przy­brała imię Fry­de­ryka Cho­pina [AMFC]. Z kolei w roku 2008, za kaden­cji rek­tora Sta­ni­sława Moryto, uczel­nia otrzy­mała nową nazwę, potwier­dzoną ustawą z dnia 25 kwiet­nia: Uni­wer­sy­tet Muzyczny Fry­de­ryka Cho­pina [UMFC]. Tak na linii czasu rysują się dzieje war­szaw­skiej szkoły muzycz­nej wio­dące do osią­gnię­cia sta­tusu uni­wer­sy­tec­kiego. A w przestrzeni?

Z miej­scem poję­cie toż­sa­mo­ści wiąże się w stop­niu nie mniej­szym, niż z przy­wią­za­niem do tra­dy­cji i histo­rii. Na skrawku wiśla­nej skarpy w War­sza­wie, mię­dzy uli­cami Tamką i Szczy­glą, uczel­nia znaj­duje się od 150 lat. W roku 1860 Apo­li­nary Kąt­ski otrzy­mał od magi­stratu Dom Zdro­wia przy Ordy­nac­kiej na potrzeby zakła­da­nego Insty­tutu. Wkrótce oka­zało się, że kuba­tura daw­nego zamku Ostrog­skich jest zbyt skromna dla roz­wi­ja­ją­cej się szkoły muzycz­nej i wymaga powięk­sze­nia. Na przy­le­głej od połu­dnia działce wznie­siony został dodat­kowy obiekt według pro­jektu Ste­fana Szyl­lera. Nowy gmach, otwarty w cza­sach dyrek­cji Sta­ni­sława Bar­ce­wi­cza, dobrze słu­żył kon­ser­wa­to­rium, a także – dzięki sali kon­cer­to­wej – war­szaw­skim melo­ma­nom. Powstały w trud­nych cza­sach pierw­szej wojny świa­to­wej obiekt został spa­lony w okre­sie Powsta­nia Warszawskiego.

Powo­jenni twórcy war­szaw­skiej uczelni muzycz­nej tylko jako etap przej­ściowy trak­to­wali jej loka­li­za­cję w wil­lach przy ulicy Gór­no­ślą­skiej i ulicy Pro­fe­sor­skiej, czy w pała­cy­kach w Ale­jach Ujaz­dow­skich. Chęć powrotu na stare miej­sce zaowo­co­wała budową obec­nego gma­chu Uni­wer­sy­tetu, który uczel­nia zasie­dliła w roku 1963. Wznie­siono go na działce przy ulicy Okól­nik, według pro­jektu archi­tek­tów: Bene­deka – Nie­wia­dom­skiego – Stru­miłły. Dziś można zary­zy­ko­wać kon­sta­ta­cję, iż duch miej­sca nad wąwo­zem Tamki sprzyja muzyce od stu pięć­dzie­się­ciu lat, udzie­la­jąc się muzy­kom tu się kształ­cą­cym i pra­cu­ją­cym. Nie tylko meta­fo­rycz­nie można zatem mówić o magne­tycz­nej mocy tego kawałka war­szaw­skiej prze­strzeni, skoro miej­sce to przy­cią­gnęło na stałe tylu muzy­ków spoza sto­licy, postę­pu­ją­cych nie­jako tro­pem Józefa Elsnera, który opu­ścił Lwów dla War­szawy i tu pod­jął trud budo­wa­nia szkoły. W testa­men­cie prze­ka­zał on swoim wycho­wan­kom powin­ność rze­tel­nego dosko­na­le­nia rze­mio­sła arty­stycz­nego wraz z poczu­ciem posłan­nic­twa wobec wspól­noty narodowej.

Motto to zaszcze­pione zostało na tyle sku­tecz­nie wśród kolej­nych poko­leń stu­den­tów i peda­go­gów, że żadne zrywy naro­dowe nie obyły się bez udziału muzy­ków z war­szaw­skiej szkoły. Wśród bel­we­der­czy­ków – uczest­ni­ków listo­pa­do­wej nocy – byli ucznio­wie Elsnera, któ­rzy „ogól­nemu prą­dowi ule­gli”. Nie zabra­kło muzy­ków z bro­nią w ręku w oddzia­łach powstań­ców stycz­nio­wych, gdy śnili o potę­dze pań­stwo­wej Pol­ski i jej kul­tury. Wycho­wana w kul­cie powstań kolejna gene­ra­cja dzieci orlich idei speł­niła testa­ment duchowy wiel­kich przod­ków i sta­wiła się w legio­nie Komen­danta Pił­sud­skiego, a byli wśród nich i dyry­genci, i instru­men­ta­li­ści. Wybuch dru­giej wojny świa­to­wej naka­zał mło­dzieży muzycz­nej, jak wcze­śniej legio­no­wemu poko­le­niu z Ole­an­drów, porzu­cić narzę­dzia arty­stycz­nego warsz­tatu i wziąć do ręki kara­bin. Jak widać życie oso­bi­ste i arty­styczne pol­skiego muzyka to dwie strony tej samej karty, zapi­sa­nej jed­nym cha­rak­te­rem pisma, w jed­nej prze­strzeni i w tym samym cza­sie. Formy aktyw­no­ści spo­łecz­nej muzy­ków war­szaw­skiej uczelni były roz­ma­ite. Gdy trzeba było, zamie­niali tabo­ret przy for­te­pia­nie na fotel przy rzą­do­wym biurku, świa­domi prze­cież tego, że wszel­kie czyn­no­ści wykra­cza­jące poza dzie­dzinę arty­styczną tylko jej prze­szka­dzają. W poczu­ciu darem­no­ści zma­gań z wyzwa­niami losu zgodę na przy­ję­cie moral­nego testa­mentu Elsnera muzycy poświad­czali czy­nami. I nie żało­wali „nie napi­sa­nych utwo­rów”; nie jeden raz padali też ofiarą naj­czyst­szego poświę­ce­nia wpi­su­jąc się w etos walki. Wszak w pol­skiej tra­dy­cji żywą pozo­stała ta oto idea, że w momen­tach trud­nych dla życia zbio­ro­wego – jak mówi poeta – „bry­lan­tami strze­lamy do wroga”. Lista zamie­nio­nych w popiół „dia­men­tów” sztuki muzycz­nej jest bar­dzo długa, a ich histo­ria czeka na spisanie.


Aktu­alne zdję­cie uczelni

Gdy mijał czas burzy i zawie­ruch dzie­jo­wych podej­mo­wana była w uczelni rze­telna praca nad dosko­na­le­niem warsz­tatu arty­stycz­nego, tak aby każdy dyplom mógł zostać opa­trzony jedy­nie wyso­kim lub naj­wyż­szym zna­kiem jako­ści. Długa jest lista wycho­wan­ków i peda­go­gów, wybit­nych arty­stów z róż­nych okre­sów, któ­rzy zapi­sali się w spo­sób zna­czący w dzie­jach muzyki pol­skiej i świa­to­wej. Skom­pli­ko­wana jest sieć gene­alo­giczna naszej peda­go­giki. Wszak w róż­nych sfe­rach twór­czo­ści i wyko­naw­stwa, połą­czo­nych w murach jed­nej uczelni, pro­ces gro­ma­dze­nia doświad­czeń prze­bie­gał odmien­nie. Każda z dys­cy­plin muzycz­nych ma wła­sne dzie­dzic­two, wyni­ka­jące z mię­dzy­po­ko­le­nio­wej wymiany wyra­żo­nej w owym sprzę­że­niu zwrot­nym zespa­la­ją­cym pro­fe­sor­ską doj­rza­łość, eru­dy­cję i rutynę z mło­dzień­czą bez­kom­pro­mi­so­wo­ścią stu­den­tów oraz z wyostrzo­nym kry­ty­cy­zmem mło­dej kadry.

Toż­sa­mość war­szaw­skiej szkoły kształ­to­wała się w kon­fron­ta­cji z osią­gnię­ciami sztuki wyko­naw­czej róż­nych środo­wisk, a swoją otwar­tość na wszyst­kie „wichry świata” zawdzię­cza uczel­nia poło­że­niu i sto­łecz­nym funk­cjom mia­sta. Czy mamy dzi­siaj jakie­kol­wiek prze­słanki, które prze­ma­wia­łyby za odręb­no­ścią war­szaw­skiej szkoły wyko­naw­czej, czy kom­po­zy­tor­skiej? Trudno wyda­wać w tej mate­rii jed­no­znaczne wyroki, jed­nakże za szczę­śliwy dla uczelni trzeba uznać fakt nie­ustan­nego prze­ni­ka­nia idei docie­ra­ją­cych do nas z zewnątrz, bo to wła­śnie – wbrew pozo­rom – dawało szansę na stwo­rze­nie odręb­nych szkół: kom­po­zy­tor­skiej, instru­men­tal­nej, dyry­genc­kiej, wokal­nej, a z pew­no­ścią wpły­wało na dosko­na­le­nie peda­go­giki muzycz­nej. Niech zatem zagadką nie­roz­wią­zaną pozo­sta­nie ten oto casus, że pomimo licz­nych migra­cji muzy­ków i roz­le­głego dia­logu z muzy­kami innych środo­wisk, mimo ogrom­nego bagażu euro­pej­skich powią­zań ów bystry nurt prze­mian, jakim pod­le­gała uczel­nia, żłobił tylko jej war­stwę powierzch­niową, to zaś, co decy­duje o toż­sa­mo­ści uczelni, pozo­stało nie­zmienne. Nie jest jed­nak łatwo okre­ślić, czym jest ów „muzyczny duch” miej­sca usy­tu­owa­nego na nad­wi­ślań­skiej skar­pie – wszak każdy z wycho­wan­ków uczelni nosi prze­cież w sobie nieco inny obraz szkoły, który oglą­dany z dystansu może być nawet mocno wyidealizowany.

W burz­li­wej histo­rii kraju utra­ci­li­śmy wiele z naszej arty­stycz­nej schedy, wypada więc zadbać, aby straty te nie powo­do­wały zmian we współ­cze­snym modelu kul­tury. To wła­śnie bycie w dia­logu z prze­szło­ścią chroni przed nie­ko­rzyst­nymi zja­wi­skami obec­nymi w dzi­siej­szym życiu i kul­tu­rze. Gdy nie potra­fimy roz­po­znać i usta­lić korzeni swo­jej toż­sa­mo­ści, nawet jeśli są one mocno splą­tane; gdy nie trosz­czymy się o zacho­wa­nie tego, co pozwoli odróż­nić nas od innych – sta­jemy się nikim. Wycho­wan­ko­wie sto­łecz­nej uczelni muzycz­nej mają to szczę­ście, że daro­wany im został spa­dek zgro­ma­dzony przez wiele poko­leń poprzed­ni­ków. Dzie­dzic­two zaś jest tą dro­go­cenną war­to­ścią, którą mamy obo­wią­zek pomna­żać i prze­ka­zać następ­com. Tak oto potwier­dza się prawda o feno­me­nie nie­ro­ze­rwal­nego splotu prze­szło­ści i teraź­niej­szo­ści w kul­tu­rze – świa­tów para­dok­sal­nie żyją­cych bar­dzo bli­sko sie­bie. W tej per­spek­ty­wie i przy­szłość nie wydaje się już feno­me­nem tak odle­głym – wszak należy do tych, któ­rzy w mury tej uczelni rok­rocz­nie wstępują.

Mie­czy­sława Demska-Trębacz


ostatnia modyfikacja: 23/09/2010