Referat otwierający Międzynarodową Konferencję Naukowo-Artystyczną Fryderyk Chopin (1810−1849) — dwa wieki fascynacji, 22–24 lutego 2010 r.

Mie­czy­sław Toma­szew­ski
Cho­pin u progu nowego wieku odczy­ty­wany na nowo

Sto­imy u progu nowego wieku. Muzyka Cho­pina towa­rzy­szy nam i przy­świeca. Z dumą sły­szymy, że stała się obecna na wszyst­kich kon­ty­nen­tach. Jak to cel­nie ujął Artur Rubin­stein: „Ten naj­bar­dziej naro­dowy z kom­po­zy­to­rów jest jed­no­cze­śnie naj­bar­dziej uni­wer­sal­nym. Cho­pin panuje wszędzie”(1953).
W ślad za wszech­obec­no­ścią muzyki Cho­pina na kon­cer­to­wych estra­dach idzie i rośnie nią zain­te­re­so­wa­nie poznaw­cze. Pra­gnie­nie wie­dzy o niej i o jej twórcy. Napi­sano o muzyce autora Sonaty b-moll całą biblio­tekę. Biblio­gra­fia cho­pi­now­ska obej­muje kil­ka­dzie­siąt tysięcy tek­stów. Mogłoby się wyda­wać, że powie­dziano wszystko. Tym­cza­sem może sil­niej, niż kiedy, gdy sta­jemy naprze­ciw jej piękna, naprze­ciw feno­menu, jakim się jawi, by nas zachwy­cić, porwać i poru­szyć, czu­jemy, że to, co dotąd o niej wiemy, to wciąż nie­wiele. I nie zawsze to, co naj­istot­niej­sze.
Nie chcę przez to powie­dzieć, iż cho­pi­no­lo­gia – pol­ska i świa­towa – wcho­dzi w nowy wiek bez osią­gnięć. Wręcz prze­ciw­nie. Parę ostat­nich dzie­się­cio­leci przy­nio­sło wysoką falę cho­pi­no­lo­gicz­nych zain­te­re­so­wań i ich nauko­wych efek­tów. Ale zgod­nie z para­dok­salną i w oczy­wi­sty spo­sób hiper­bo­liczną mak­symą: „im wię­cej wiem — tym bar­dziej wiem, że nic nie wiem”.
Wcho­dząc z Cho­pi­nem w nowy wiek wkra­czamy zara­zem z nowymi nadzie­jami. Wyni­kają z poczu­cia, iż sytu­acja w muzy­ko­lo­gii i teo­rii muzyki doj­rzewa do zmiany para­dyg­matu. Do roz­sta­nia się z tak zwa­nym para­dyg­ma­tem Han­slicka, a w każ­dym razie z jego dominacją.

Od pew­nego czasu nara­sta świa­do­mość, iż to, co przy­no­szą bada­nia ana­li­tyczne dzieł Cho­pina nie zaspa­kaja ocze­ki­wań. Cho­dzi przy tym, nie tylko o inter­pre­ta­cję naukową muzyki Cho­pina, lecz twór­czo­ści arty­stycz­nej w ogóle. W spo­sób naj­bar­dziej wyra­zi­sty, a nawet dosadny wyar­ty­ku­ło­wał tę prawdę, wiszącą w powie­trzu, Joseph Ker­man, (czo­łowy ame­ry­kań­ski teo­re­tyk muzyki) w słyn­nym tek­ście zaty­tu­ło­wa­nym zna­cząco: „Jak dotar­li­śmy do ana­lizy i jak z tego wybrnąć (1965).
W ogniu kry­tyki zna­la­zła się aka­de­micka teo­ria muzyki upra­wia­jąca ana­lizę dzieł muzycz­nych na spo­sób auto­te­liczny. Do dzi­siaj, tak w Euro­pie jak i w Ame­ryce pro­wa­dzi się dzia­łal­ność ana­li­tyczną zre­du­ko­waną do ope­ro­wa­nia rela­cjami wewnątrz-dziełowymi. Róż­nica jest taka, iż w Euro­pie czyni się to na ogół meto­dami post-riemannowskimi, zaś w Ame­ryce i Anglii – post-schenkerowskimi. Wiek XX-ty, wraz z roz­po­wszech­nie­niem się para­dyg­matu Han­slika, który spro­wa­dził dzieło muzyczne do postaci „tönend bewegte Form” (do „formy zło­żo­nej z dźwię­ków w ruchu”), wyrzu­cił poza burtę dzieła – jako przed­miot badań – po pierw­sze jego eks­pre­sję i wszel­kie oddzia­ły­wa­nie emo­cjo­nalne. A dalej – jego genezę i rezo­nans, jego kon­tekst bio­gra­ficzny, histo­ryczny i kul­tu­rowy. Jak to ujął J. Ker­man: „tak bar­dzo ana­liza zaab­sor­bo­wała się swo­imi wła­snymi tech­ni­kami, tak bar­dzo zafa­scy­no­wała się swoją wła­sną logiką, zbyt pod­dana przy tym swo­jej wła­snej pry­wat­nej pedan­te­rii – by zająć się dzie­łem w jemu wła­ści­wych este­tycz­nych wymia­rach”. Powsta­wały wpraw­dzie serie zna­ko­mi­tych ana­liz, by tak rzec, samych dla sie­bie, podzi­wia­nych dla pre­cy­zyj­nej metody opisu, nie­wy­kra­cza­ją­cych jed­nak poza kre­dowe koło mowy o cha­rak­te­rze idem per idem.
Ker­man w swo­jej kry­tyce nie był sam. Jim Sam­son, ana­li­zu­jąc cho­pi­now­skie bal­lady, doszedł do kon­klu­zji mówią­cej o koniecz­no­ści stwo­rze­nia narzę­dzi, „które pozwo­li­łyby badać [rów­nież] takie jako­ści, któ­rych nie da się wyja­śnić, przez pro­ste ukła­da­nie tabel czy opis słowny” (1994). John Rink zauwa­żał: „Ana­li­tycy mają jesz­cze wiele do zro­bie­nia, jeśli chcą okre­ślić istotę […], ów spe­cy­ficzny wyraz ucie­le­śniony w spo­sób uni­kalny w dzie­łach Cho­pina” (1995). Już Edward T. Cone, pod­kre­śla­jąc nie­do­sta­tecz­ność odpo­wie­dzi, jakie na pyta­nie o cha­rak­ter dzieła daje aka­de­micka ana­liza (np. schen­ke­row­ska), wyja­śniał swoją na fakt ten reak­cję: „Oto dla­czego – pisał – przy­wró­ci­łem to, co nazy­wam ››ana­lizą inten­cjo­nalną‹‹, która pozwala skon­sta­to­wać – tak dalece, jak to moż­liwe – jak życzył sobie kom­po­zy­tor, aby­śmy sły­szeli jego muzykę” (1960).
Słowo „sły­szeli” nie jest tu sło­wem przy­pad­ko­wym. Według E. T. Cona, sły­sze­nie utworu winno sta­no­wić – przy ana­li­tycz­nej pro­ce­du­rze – kry­te­rium pod­sta­wowe. „Ana­liza praw­dziwa – pisał – działa poprzez ucho”. Dodał: „Jest [wów­czas] dro­go­wska­zem wyko­na­nia”.
Woj­ciech Nowik, za któ­rym cytuję wypo­wie­dzi ame­ry­kań­skiego ana­li­tyka, sko­men­to­wał je w roku 1998 zda­niem, które nadal zacho­wuje swą waż­ność. „Praca Cone’a – pisał – pro­wo­kuje nie tylko do rein­ter­pre­ta­cji dotych­cza­so­wych rezul­ta­tów badań, lecz rów­nież – do rewi­zji sta­no­wisk badaw­czych” („Rocz­nik Cho­pi­now­ski” 22/23, 541).

Z nie­ja­kim opo­rem i nie­spiesz­nie, ale owe rein­ter­pre­ta­cje i rewi­zje badaw­cze powoli zaczęły się poja­wiać. John Rink swoją mak­sy­mal­nie inte­re­su­jącą ana­lizę Sche­rza cis-moll posze­rzył o aspekt eks­pre­sji dzieła (1992). Ana­tol Leikin ana­li­zu­jąc Nok­turn cis-moll op. 27 nr 1 uka­zał jego zaska­ku­jącą, nie­ocze­ki­waną pro­we­nien­cję; wpro­wa­dze­nie do badań aspektu kon­tek­stu­al­nego pozwo­liło mu dopiero na zapre­zen­to­wa­nie utworu w tym peł­nym świe­tle.
Wyda­nie w roku 1993 zre­kon­stru­owa­nych przez Jean-Jacques Eigel­din­gera nota­tek do Metody pia­ni­stycz­nej Cho­pina przy­po­mniało jego pogląd na sprawę. Muzyka sta­no­wiła dla autora Sonaty b-moll „wyraz myśli, uczuć i wra­żeń”. Z innej edy­cji Eigel­din­gera (Cho­pin vu par ses élèves, 1988) można się było dowie­dzieć, iż „każde dzieło, obrane do wyko­na­nia, nale­żało – zda­niem Cho­pina, co zapa­mię­tał i prze­ka­zał uczniom Karol Mikuli – sta­ran­nie zana­li­zo­wać [nie tylko] pod wzglę­dem ukształ­to­wa­nia formy, ale i przed­sta­wio­nych w nim uczuć i pro­ce­sów psy­chicz­nych”.
Dla inter­pre­ta­to­rów muzyki ery roman­tycz­nej jest oczy­wi­ste, że eks­pre­sja w este­tyce ówcze­snej nale­żała do ele­men­tów dla dzieła muzycz­nego kon­sty­tu­owa­nych. Ber­til Wik­man, pre­zen­tu­jąc nie­dawno, na jed­nym ze spo­tkań war­szaw­skich (nota bene poświę­co­nych per­spek­ty­wom ana­li­tycz­nym sto­so­wa­nym wobec muzyki Cho­pina) rolę eks­pre­sji w erze klasyczno-romantycznej, okre­ślił ją nawet jako „klu­czową”. Wyli­czył dzie­więć spo­so­bów wystę­po­wa­nia eks­pre­sji w dziele, od nazna­cze­nia okre­ślo­nym cha­rak­te­rem całej czę­ści utworu do funk­cji reto­rycz­nej i dra­ma­tur­gicz­nej (2003).
Star­czyło już zresztą zaj­rzeć do lek­sy­ko­nów tam­tego czasu, lub posłu­chać opi­nio­twór­czych wypo­wie­dzi kom­po­zy­tor­skich, by się o tym prze­ko­nać. Według słyn­nej ency­klo­pe­dii rze­czo­wej J. G. Sul­zera (All­ge­me­one The­orie der schönen Kün­ste), „muzyka, w swej isto­cie, jest następ­stwem dźwię­ków – powsta­ją­cych, jako wyraz namięt­nych uczuć” (hasło: Musik). A ów „wyraz sta­nowi duszę muzyki. Bez niego muzyka staje się jedy­nie przy­jemną zabawką” (hasło: Aus­druck). Miała za zada­nie – jak to okre­ślano w wieku Cho­pina – wyra­ża­nie „sta­nów duszy”.
Robert Schu­mann tę roman­tyczną prawdę wypo­wie­dział expres­sis ver­bis, ostrze­ga­jąc przy tym: „Ta muzyka, która ope­ruje jedy­nie dźwię­kami a nie mową dla wyra­ża­nia sta­nów duszy – nie jest żadna muzyką”. Fran­ci­szek Liszt odczy­ty­wał muzykę Cho­pina i opi­sy­wał ją w kate­go­riach eks­pre­syw­nych, nie mając wąt­pli­wo­ści, co do tego, że wła­śnie one są dla niej naj­bar­dziej wła­ściwe i ade­kwatne: „Głu­chy gniew, tłu­miona wście­kłość – pisał w roku 1852 — odzywa się w wielu frag­men­tach jego utwo­rów i nie­jedna etiuda, podob­nie jak nie­jedno sche­rzo, odzwier­cie­dla naj­głęb­sze wzbu­rze­nie, nad któ­rym góruje roz­pacz – bądź to zapra­wiona iro­nią, bądź wzniosłością”.

Tak ujmo­wał muzykę Cho­pina świa­dek epoki, ale nie ina­czej czy­nili to inter­pre­ta­to­rzy poko­leń następ­nych, wszy­scy pia­ni­ści, któ­rzy się­gali po pióro. Jan Ekier w tek­ście zaty­tu­ło­wa­nym, Czym jest dla mnie Cho­pin, pisał: „Znaj­duję w nim głę­boki tra­gizm, smu­tek, melan­cho­lię, pogodę, wytworną weso­łość i bry­lan­towy dow­cip, wspa­niałą i szczerą radość” (1949).
Lecz nie tylko teo­re­tycy wyłą­czyli z pola badań sferę eks­pre­sji. (Joseph Ker­man wspo­mina ten moment: „Aż sły­chać było trzask zamy­ka­nych okien”.) Rów­nież nie­któ­rzy inter­pre­ta­to­rzy pia­ni­styczni, kuszeni nie­skoń­czo­nymi moż­li­wo­ściami tech­niki, zapo­mi­nali o tym, co dla muzyki Cho­pina było i jest imma­nentne, co jest dla jej cha­rak­teru – nie­zby­walne. To do nich zdaje się zwra­cać w swo­ich reflek­sjach Regina Smen­dzianka, ostrze­ga­jąc z jed­nej strony przed nad­mierną uczu­cio­wo­ścią, a z dru­giej, przed – jak to okre­śliła — „zawrotną akro­ba­cją pozba­wio­nej wyrazu wir­tu­oze­rii” (2005).

Otóż zmianę para­dyg­matu, o któ­rej tu od początku mowa, tę szczę­śliwą, dzie­jącą się na naszych oczach, nazwać można wielką, powolną rewin­dy­ka­cją. Próbą przy­wra­ca­nia w bada­niach nad Cho­pi­nem tych aspek­tów, które przez reduk­cjo­ni­styczną, zorien­to­waną auto­te­licz­nie, teo­rię muzyki XX wieku, zostały zepchnięte na mar­gi­nes lub cał­ko­wi­cie zane­go­wane.
Czy się to zresztą komuś podoba, czy nie, wkro­czy­li­śmy — po latach izo­la­cjo­ni­zmu, auto­te­li­zmu i fety­szy­zo­wa­nej auto­no­mii – w erę kon­tek­stów i związ­ków, w erę inter-semiotyczną i inter-tekstualną. W naukach huma­ni­stycz­nych obser­wo­wać można prze­mianę koeg­zy­sten­cji w sym­biozę sze­regu odmien­nych spoj­rzeń na rze­czy­wi­stość. Nurt her­me­neu­tyki zbliża się do feno­me­no­lo­gii, semio­tyka korzy­sta z osią­gnięć struk­tu­ra­li­zmu. Waż­niej­szym, niż to, co odpy­cha odmienne punkty widze­nia, staje się to, co je zbliża.
Nowe punkty widze­nia nie mają za zada­nie zastą­pić poprzed­nich, lecz je dopeł­nić. Tak więc, w inter­pre­ta­cjach dzieła muzycz­nego, bada­nie rela­cji imma­nent­nych, wewnątrz dzie­ło­wych bywa posze­rzane o bada­nie rela­cji zewnętrz­nych, kon­tek­stu­al­nych, oczy­wi­ście tych, które mogą zostać udo­ku­men­to­wane. Dzieło prze­staje być wów­czas widziane jak rzecz sama w sobie. Zaczyna być postrze­gane, zara­zem, jako zja­wi­sko arty­styczne funk­cjo­nu­jące w prze­strzeni kul­tury i histo­rii. Jego war­stwa lin­gwi­styczna, tycząca języka muzycz­nego (czyli har­mo­niki i formy) bywa teraz coraz czę­ściej dopeł­niana o war­stwę tzw. poetyki muzycz­nej. Waż­nym staje się wów­czas poszcze­gólne dzieło, jako nie­po­wta­rzalna wypo­wiedź arty­styczna w ramach okre­ślo­nego gatunku i stylu, wyróż­nia­jąca się okre­śloną eks­pre­sją, cha­rak­te­rem i dra­ma­tur­gią, mogąca ewo­ko­wać zna­cze­nia i posia­da­jąca wartość.

A przede wszyst­kim zaczyna prze­wa­żać prze­ko­na­nie, iż inter­pre­ta­cja dzieła polega na sta­nię­ciu naprze­ciw niego „twa­rzą w twarz”. Na przy­stą­pie­niu do ana­lizy i inter­pre­ta­cji bez-założeniowym, feno­me­no­lo­gicz­nym. Polega na „odczy­ta­niu” z dzieła — tego, co pra­gnie nam ono „powie­dzieć”. Na sto­so­wa­niu metody badań wysnu­tej z samego dzieła.
Zaczyna prze­sta­wać być modne udo­wad­nia­nie utwo­rom, które nie są sona­tami – a np. bal­la­dami czy fan­ta­zjami, — że sta­no­wią jakąś zde­for­mo­waną postać sona­to­wego alle­gra. Stąd powoli Bal­lady zaczy­nają być trak­to­wane, jako bal­lady, czyli utwory, w któ­rych rodzaj nar­ra­cji decy­duje o nie­po­wta­rzal­nym cha­rak­te­rze utworu i jego nie­po­wta­rzalna dra­ma­tur­gia, a nie –jakiś szcze­gólny rodzaj defor­ma­cji formy sona­to­wej. Stały się gatun­kiem, który jak magnes już daw­niej przy­cią­gał inter­pre­ta­to­rów. Leich­ten­tritt testo­wał je metodą postrie­ma­now­ską, Eib­ner pró­bo­wał na bal­la­dach Cho­pina udo­wod­nić sen­sow­ność metody Schen­kera. Szcze­gól­nie Bal­lada g-moll stwa­rzała wyzwa­nie dla inter­pre­ta­to­rów. Zmie­rzył się z nią Serge Gut odczy­tu­jąc ją w kate­go­riach stylu, jako grę mię­dzy pozio­mem lin­gwi­styki i poetyki. Eero Tara­sti, pró­bo­wał zna­leźć w niej semio­tycz­nych aktan­tów, wśród któ­rych toczy się akcja. Jim Sam­son, naj­bli­żej dotknął tego, co nazy­wamy bal­la­do­wo­ścią. Dra­ma­tur­gii bal­lad nie bał się przy tym nazy­wać „po imie­niu”, łącząc w swych okre­śle­niach aspekt struk­tu­ralny z eks­pre­syw­nym. „Fabuła bal­lad Cho­pina – stwier­dzał na przy­kład – nie­zmien­nie kul­mi­nuje w momen­cie wstrzą­sa­ją­cego kli­maksu, napię­cia poja­wia­ją­cego się przed roz­wią­za­niem”. I dalej: „Cho­dzi o prze­bieg nar­ra­cji, w któ­rym aktanci ule­gają trans­for­ma­cji i prze­obra­że­niu” (1992). Zwróćmy uwagę na słowa, bez któ­rych defi­ni­cja ta stra­ci­łaby swój sens: „wstrzą­sa­jący” (kli­maks) i „prze­obra­że­nie” (a nie np.: kolejna waria­cja).
Sam­son nie jest w tym wzglę­dzie jedyny. U Jef­freya Kal­l­berga, np. inter­pre­tu­ją­cego Poloneza-Fantazję, tra­fić można na okre­śle­nia w rodzaju: „eks­cy­tu­jący” (finał) lub „żarli­wość” (repryzy tematu głów­nego), czyli na okre­śle­nia, dopiero dzięki któ­rym w grę wejść może rozu­mie­nie szcze­gól­no­ści i nie­po­wta­rzal­nej odręb­no­ści inter­pre­to­wa­nego dzieła.

Odmien­ność per­spek­tyw filo­zo­ficz­nych, które od pew­nego czasu stoją u pod­staw poszcze­gól­nych pro­ce­dur ana­li­tycz­nych wywo­łuje wiele mówiące poczu­cie wie­lo­aspek­to­wo­ści utwo­rów Cho­pina, dotych­czas dobrze zna­nych w jed­nej, stan­dar­do­wej inter­pre­ta­cji aka­de­mic­kiej. Ten sam utwór ujrzany nagle przez jakąś odmienną metodę odsła­nia wła­ści­wo­ści dotąd nie­do­strze­żone. Eero Tara­sti pre­zen­tu­jąc – wspo­mnia­nego wła­śnie — Poloneza-Fantazję w świe­tle semio­tyki muzycz­nej wywie­dzio­nej z seman­tyki struk­tu­ral­nej A. Gre­imasa, uka­zał nowe, nie­prze­czu­wane sensy tego dobrze zna­nego utworu. Hart­muth Kin­zler, odczy­tu­jąc her­me­neu­tycz­nie Cho­pi­now­ską Koły­sankę (Ber­ceuse) zna­lazł w niej prze­ko­ny­wu­jące stu­dium „zasy­pia­ją­cego dziecka” (Kind im Ein­schlum­mern, 2009).
Można by nawet mówić o zaist­nie­niu sytu­acji, w któ­rej owe nowe per­spek­tywy zbli­żają się do nie­bez­piecz­nej gra­nicy. Jef­frey Kal­l­berg pró­bo­wał do niej dotrzeć i spe­ne­tro­wać owo nad­gra­niczne pole badań. Myślę o jego pasjo­nu­ją­cej książce Cho­pin at the Boun­da­ries (1996), z wiele mówią­cym pod­ty­tu­łem: Sex, History and Musi­cal Genre.

Sta­nię­cie w drzwiach zna­czy otwar­cie. Otwar­cie rodzi pokusę się­ga­nia po tematy zgodne z duchem post­mo­der­ni­zmu, który usi­łuje, jak widać, wraz z podej­mo­wa­niem gen­der stu­dies, wkro­czyć w obszar cho­pi­no­lo­gii.
Ale otwar­cie ozna­cza dziś przede wszyst­kim szansę podej­mo­wa­nia tema­tów z zakre­sów będą­cych szcze­gól­nie en vogue: inter­se­mio­tycz­nych, inter­me­dial­nych i inter­tek­stu­al­nych. Sytu­acja roz­wija się spon­ta­nicz­nie z roku na rok przy­no­sząc rezul­taty na nowych obsza­rach badaw­czych.
W spo­sób zna­czący postą­piły naprzód bada­nia nad recep­cją i rezo­nan­sem muzyki Cho­pina. Prace Ireny Ponia­tow­skiej i Zofii Che­chliń­skiej u nas, Daniele Piston i Fran­cis Clo­udona we Fran­cji, syn­teza Jima Sam­sona w Anglii — przy­nio­sły już dotąd nie­zwy­czaj­nie obszerną ilość mate­riału. Teraz czeka on na sys­te­miczne odczy­ta­nie, takie, jakiego H. H. Egge­brecht doko­nał wobec recep­cji muzyki Beetho­vena.
Ruszyły też z miej­sca bada­nia tyczące genezy muzyki autora nok­tur­nów i bal­lad, jej wie­lo­stron­nych inspi­ra­cji. Nie­stru­dzony Sam­son dotknął sprawy edu­ka­cji Cho­pina. Ale raczej otwo­rzył serię pytań – już bar­dziej kon­kret­nych – tyczą­cych choćby Albrechts­ber­gera, Kirn­ber­gera i For­kela, Gretry’ego i Jean-Jacque Rous­seau, inspi­ra­cji idą­cych ze strony ich kon­cep­cji teo­re­tycz­nych. A wśród obsza­rów, które cze­kają na kon­tek­stu­alne inter­pre­ta­cje znaj­duje się na przy­kład zagad­nie­nie kon­tak­tów z muzyką żydow­ską (Sza­far­nia 1825), rodzaj i sto­pień zna­jo­mo­ści folk­loru bery­szoń­skiego (Nohant 1839–46), i hiszpańsko-katalońskiego (Majorka 1838–39). Pocią­ga­ją­cym polem badań zdaje się być rela­cja mię­dzy Cho­pi­nem a Beetho­ve­nem. Prace Leikina i Kin­zlera, któ­rzy odkryli „palimp­se­styczny” cha­rak­ter nie­któ­rych waż­nych dzieł Cho­pina wska­zują na koniecz­ność sys­te­micz­nego zba­da­nia tej inter­se­mio­tycz­nej rela­cji.
W per­spek­ty­wie kon­tek­stu­al­nej chcia­łoby się ujrzeć Cho­pina także pośród jego bli­skich i współ­cze­snych. Może przy tej oka­zji można będzie zna­leźć odpo­wiedź na pyta­nie o powody braku jego entu­zja­zmu dla twór­czo­ści Schu­manna i Berlioza.

Feno­me­no­lo­giczne, ingar­de­now­skie roz­war­stwie­nie sytu­acji onto­lo­gicz­nej dzieła muzycz­nego — na przed­miot inten­cjo­nalny i jego dźwię­kową kon­kre­ty­za­cję — daje pod­stawy do pro­wa­dze­nia badań na gorą­cej linii mię­dzy kon­cep­cją a reali­za­cją utworu. Były one, jak dotąd, pro­wa­dzone w izo­la­cji, róż­nymi pro­ce­du­rami. Dzięki bada­niom Kal­l­berga i Nowika nad ręko­pi­sami zyska­li­śmy wgląd w pro­cesy kon­cep­cyjne. Tyle, że droga twór­cza Cho­pina – o czym przy­po­mina z upo­rem John Rink — zaczyna się już od impro­wi­za­cji przy for­te­pia­nie, a nie dopiero na kar­cie nuto­wego papieru. Tak więc dopiero bada­nia kom­plek­sowe, wio­dące od impro­wi­za­cji — przez wie­lość spo­so­bów i faz nota­cji — do kon­cep­cji pia­ni­stycz­nych i utrwa­lo­nych reali­za­cji dźwię­ko­wych – dać mogą odpo­wiedź ade­kwatną. Wraz z każdą kolejną sesją cho­pi­now­ską rośnie prze­ko­na­nie, iż dopiero wgląd w muzykę Cho­pina inter­pre­to­waną pia­ni­stycz­nie i rein­ter­pre­to­waną w pro­ce­sach per­cep­cji i recep­cji dać nam może peł­nię obrazu, na który cze­kamy.
Wcho­dzimy w nowy wiek z nadzieją, że inter­pre­ta­cja naukowa muzyki Cho­pina ukaże nam go takim, jaki nam się on jawi i ucie­le­śnia wów­czas, gdy słu­chamy go bez­po­śred­nio, w mistrzow­skich wyko­na­niach. Nie­zre­du­ko­wany do auto­te­licz­nych i tau­to­lo­gicz­nych opi­sów aka­de­mic­kiej analizy.

Kra­ków, 10.02.2010

 


ostatnia modyfikacja: 24/03/2010